Doniesienia generała Bena Hodgesa o rzekomej próbie zamachu na jego życie podczas szczytu NATO w Holandii rzucają jaskrawe światło na narastający lęk przed rosyjską dywersją w samym sercu Europy. Choć były dowódca amerykańskich sił lądowych jest przekonany o celowej eksplozji na dachu swojego pociągu i sugeruje zmowę milczenia europejskich władz, oficjalne raporty holenderskich służb wskazują na prozaiczną, choć widowiskową awarię sieci trakcyjnej.
W cieniu toczącej się wojny na Wschodzie i narastającego napięcia między Moskwą a Sojuszem Północnoatlantyckim, oskarżenia o zamach na wysokiego rangą dowódcę wojskowego w sercu Europy muszą budzić uzasadnioną trwogę. Generał Ben Hodges, były dowódca amerykańskich sił lądowych w Europie i jeden z najbardziej rozpoznawalnych analityków wojskowych zachodniego świata, zrzucił niedawno w przestrzeni publicznej prawdziwą bombę informacyjną. Stwierdził on, że latem ubiegłego roku, podczas szczytu NATO w Hadze, padł ofiarą celowego ataku ze strony rosyjskiej grupy dywersyjnej. Ładunek wybuchowy miał rzekomo eksplodować na dachu wagonu pociągu, którym podróżował. Oskarżenia te, choć brzmią jak gotowy scenariusz szpiegowskiego thrillera, zderzają się jednak z murem milczenia i kategorycznych zaprzeczeń ze strony holenderskich władz oraz operatorów tamtejszej infrastruktury. Ten bezprecedensowy dysonans poznawczy zmusza nas do zadania fundamentalnego pytania: czy Europa faktycznie padła ofiarą zakrojonej na szeroką skalę rosyjskiej kampanii terroru, którą rządy starają się zatuszować, czy też mamy do czynienia z niezwykle niebezpiecznym syndromem oblężonej twierdzy, w którym awaria techniczna urasta w oczach wojskowych do rangi aktu wojny?
Według relacji generała Hodgesa, incydent miał miejsce w jednym z najbardziej newralgicznych momentów dla europejskiego bezpieczeństwa – w czasie trwania wydarzeń związanych ze szczytem państw Sojuszu Północnoatlantyckiego w Holandii. To czas, w którym uwaga służb wywiadowczych całego świata skupiona jest na jednym, relatywnie niewielkim skrawku terytorium, a środki ostrożności podnoszone są do absolutnego maksimum. Jak twierdzi amerykański dowódca, w trakcie jego przejazdu pociągiem pomiędzy lokalizacjami konferencyjnymi, na dachu wagonu doszło do potężnej detonacji. Generał nie ma najmniejszych wątpliwości co do charakteru tego zdarzenia. W jego ocenie nie był to nieszczęśliwy wypadek, wybryk chuliganów czy akt wandalizmu. Hodges kategorycznie wskazuje palcem na wschód, obarczając odpowiedzialnością świetnie wyszkolone, rosyjskie grupy dywersyjne, które miałyby operować na terytorium Unii Europejskiej z pełnym błogosławieństwem Kremla. Co więcej, amerykański wojskowy buduje wokół tego zdarzenia znacznie szerszą i bardziej przerażającą narrację. Twierdzi on, że eksplozja nad jego głową nie była zdarzeniem odosobnionym. Tego samego dnia miało dojść do kilku podobnych, skoordynowanych ataków na infrastrukturę kolejową w innych częściach Holandii, między innymi na strategicznych trasach łączących lotnisko Schiphol, Hagę oraz Utrecht. Najcięższe oskarżenia generał wytacza jednak nie przeciwko rosyjskim służbom, lecz przeciwko europejskim decydentom. Hodges wprost sugeruje, że rządy państw Starego Kontynentu celowo ukrywają przed opinią publiczną prawdziwą skalę rosyjskiej infiltracji. Zgodnie z jego tezą, władze unikają kwalifikowania takich incydentów jako akty terroryzmu państwowego, aby nie wywoływać paniki i nie sprawiać wrażenia absolutnej bezradności wobec macek Moskwy, które sięgają głęboko w tkankę zachodnich społeczeństw.
Gdy jednak odłożymy na bok wielką geopolitykę i zwrócimy się w stronę twardych faktów na poziomie lokalnym, opowieść amerykańskiego dowódcy zaczyna przypominać domek z kart. Gdy lokalne media i dziennikarze śledczy zwrócili się z pytaniami do Nederlandse Spoorwegen (NS) – narodowego operatora holenderskich kolei – odpowiedź była równie stanowcza, co zaskakująca. Rzecznik prasowy instytucji stwierdził bez ogródek, że departamenty odpowiedzialne za bezpieczeństwo i reagowanie kryzysowe nie mają pojęcia, o czym mówi generał. W oficjalnych rejestrach nie odnotowano żadnych ataków bombowych na składy pasażerskie. Koncepcja, w której na jednej z najbardziej zatłoczonych sieci kolejowych w Europie dochodzi do kilku skoordynowanych eksplozji bez wywołania ogólnonarodowego paraliżu i lawiny nagrań z telefonów komórkowych świadków, wydaje się z punktu widzenia logistyki po prostu niemożliwa. Jak zatem wytłumaczyć to, czego rzekomo doświadczył ceniony wojskowy? Eksperci z dziedziny infrastruktury kolejowej wskazują na znacznie bardziej prozaiczne, choć równie głośne i wizualnie spektakularne zjawisko. Holenderskie pociągi pasażerskie zasilane są z trakcji napowietrznej pod wysokim napięciem prądu stałego. W przypadku usterki pantografu, oblodzenia sieci, czy zerwania przewodu jezdnego, bardzo często dochodzi do powstawania potężnego łuku elektrycznego. Towarzyszy temu ogłuszający huk, przypominający wybuch małego ładunku, a także oślepiający błysk i nierzadko gęsty dym. Dla osoby znajdującej się wewnątrz metalowego pudła wagonu, zjawisko to brzmi i wygląda niemal identycznie jak eksplozja kinetyczna. I to właśnie takie zdarzenia odnotowały tego letniego dnia holenderskie służby: awarię sieci trakcyjnej skutkującą zerwaniem kabla zasilającego na jednej z tras oraz niewielki pożar zarośli przy torowisku w okolicach lotniska Schiphol. Miejscowa policja kategorycznie wykluczyła udział osób trzecich, a tym bardziej zagranicznych służb wywiadowczych, podkreślając, że wpływ tych standardowych awarii na ogólny ruch pociągów był znikomy.
Dlaczego generał uwierzył w zamach?
Skoro fizyczne dowody zebrane przez cywilne organy ścigania wskazują na banalną awarię infrastruktury, dlaczego człowiek o tak ogromnym doświadczeniu militarnym zinterpretował to jako rosyjski zamach na swoje życie? Aby to w pełni zrozumieć, należy nałożyć na tę sprawę filtr wojny cieni, która od pewnego czasu toczy się na kontynencie europejskim. Generał Hodges nie uległ prostej paranoi; jest oficerem funkcjonującym w środowisku, w którym zagrożenie bywa aż nadto realne. W ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy zachodnie służby wywiadowcze odnotowały bezprecedensową intensyfikację rosyjskich operacji hybrydowych. Europejskie kraje zmagały się z udaremnionymi próbami podpaleń infrastruktury krytycznej, tajemniczymi wykolejeniami pociągów towarowych czy aktami sabotażu na liniach komunikacyjnych, którymi transportowana jest pomoc militarna na wschód. Rosyjski wywiad wojskowy od dawna stosuje taktykę uderzania w infrastrukturę logistyczną Zachodu, działając poniżej progu otwartej wojny. Korzysta przy tym z wynajętych przestępców i zradykalizowanych jednostek, co zapewnia decydentom na Kremlu możliwość oficjalnego, wiarygodnego zaprzeczenia (zjawisko tzw. plausible deniability). Generał Hodges, będący jednym z najgłośniejszych krytyków putinizmu i konsekwentnym orędownikiem dozbrajania Ukrainy, doskonale zdaje sobie sprawę, że może stanowić cel o wysokiej wartości dla rosyjskich służb. W atmosferze nieustannego napięcia, w świecie, w którym stacje bazowe i sygnały nawigacyjne są regularnie zagłuszane, umysł dowódcy jest naturalnie zaprogramowany na nieustanną identyfikację zagrożeń. W takim specyficznym uwarunkowaniu psychologicznym, potężny huk i nagły błysk na dachu pociągu nie jest interpretowany jako zwarcie przestarzałej instalacji elektrycznej, lecz jako kinetyczne uderzenie wroga. To bezpośrednie pokłosie wojny hybrydowej – stanu, w którym powoli tracimy elementarne zaufanie do otaczającej nas rzeczywistości, a każdy wypadek komunikacyjny staje się w naszych oczach potencjalnym aktem bezwzględnej dywersji.
Czy władze mówią wszystko?
Osobną kwestią, wymagającą głębszej refleksji, pozostaje najostrzejszy zarzut sformułowany przez Hodgesa – oskarżenie pod adresem europejskich rządów o świadome zatajanie prawdy z obawy przed wizerunkiem słabości. Choć w konkretnym przypadku holenderskich pociągów teza ta upada w konfrontacji z twardymi dowodami i transparentnością operatorów infrastruktury, to w szerszym, kontynentalnym ujęciu generał dotyka niezwykle wrażliwego nerwu współczesnej polityki bezpieczeństwa wewnętrznego. Europejskie służby kontrwywiadowcze stoją bowiem przed nie lada dylematem: jak rzetelnie informować opinię publiczną o przechwyconych aktach sabotażu, nie wywołując jednocześnie masowej paniki i nie realizując tym samym strategicznych celów samego napastnika? Głównym zadaniem operacji hybrydowych nie jest wyrządzenie potężnych strat materialnych, lecz zasianie strachu, zniszczenie morale i wywołanie poczucia braku kontroli nad własnym państwem. Jeżeli rządy za każdym razem będą biły w wojenne werble, ogłaszając, że pożar podmiejskiego magazynu to bezsprzeczne dzieło rosyjskich sił specjalnych, osiągną dokładnie to, na czym zależy przeciwnikowi – udowodnią społeczeństwu, że wrogie macki są wszechobecne, a państwo bezbronne. Z tego powodu w wielu zachodnich stolicach przyjęto milczącą zasadę ścisłej powściągliwości informacyjnej. Śledztwa są często niejawne, a oficjalne komunikaty powołują się na „wypadki losowe”, dopóki twarde dowody na obcą ingerencję nie wymuszą politycznej reakcji. Hodges, przyzwyczajony do wojskowej bezpośredniości, postrzega tę wstrzemięźliwość jako oznakę niebezpiecznej kapitulacji, wierząc, że tylko terapia szokowa i pełna prawda są w stanie zmobilizować usypiane społeczeństwa Zachodu do adekwatnej obrony.
Sprawa rzekomego zamachu w Hadze stanowi więc fascynujące, a zarazem chłodne studium psychologii konfliktu w XXI wieku. Ukazuje przepaść między analityczną ostrożnością państwowych instytucji a wojskową perspektywą, definiującą świat przez pryzmat wrogiego nasłuchu. I choć na dachu holenderskiego składu niemal na pewno doszło jedynie do spektakularnego zwarcia kabla elektrycznego, sam fakt, że w ogóle bierzemy pod uwagę scenariusz profesjonalnego zamachu bombowego, świadczy o tym, że jeden z głównych celów wojny hybrydowej został już osiągnięty. Poczucie bezpieczeństwa na Starym Kontynencie zostało trwale zachwiane.
Polski (PL)
English (United Kingdom)