Kiedy geopolityczne napięcia na Bliskim Wschodzie osiągają punkt krytyczny, uwaga świata z naturalnych przyczyn skupia się na ruchach wojsk, stratach w infrastrukturze i manewrach dyplomatycznych. Jednak za zasłoną dymną eksplozji i dyplomatycznych oświadczeń kryje się brutalna matematyka współczesnego pola walki.

Gdy amerykańsko-izraelska machina wojenna, w ramach rozpoczętej pod koniec lutego operacji wojskowej, uderza w strategiczne cele na terytorium Islamskiej Republiki Iranu, światowa gospodarka wstrzymuje oddech. Szósty dzień zmasowanej kampanii lotniczej i morskiej, wymierzonej w irańską infrastrukturę rakietową, marynarkę wojenną oraz zaplecze programu nuklearnego, uświadamia nam wszystkim analityczną prawdę: wojna w dwudziestym pierwszym wieku to zjawisko o bezprecedensowej skali wydatków, a ciężar finansowy tego konfliktu rośnie w tempie wykładniczym, grożąc wstrząsem o charakterze globalnym. Aby w pełni zrozumieć skalę zjawiska, należy spojrzeć na rachunek, jaki każdego dnia wystawia Pentagon. Z informacji analitycznych oraz doniesień z pierwszych dni konfliktu wynika, że w ciągu zaledwie pierwszych dwudziestu czterech godzin siły zbrojne Stanów Zjednoczonych spaliły w ogniu walki równowartość setek milionów dolarów. Według rzetelnych szacunków opartych na kosztach użycia amunicji precyzyjnej, ten początkowy rachunek zbliżył się do ośmiuset milionów dolarów. Nie powinno to stanowić zaskoczenia dla ekspertów zajmujących się ekonomiką obrony. Współczesne pole walki charakteryzuje się ogromną asymetrią kosztów. Pojedynczy pocisk manewrujący Tomahawk, wystrzeliwany z pokładów niszczycieli i okrętów podwodnych operujących na wodach Zatoki Perskiej czy Morza Arabskiego, to koszt rzędu dwóch milionów dolarów. Według missiledefenseadvocacy.org zaawansowane pociski przechwytujące z rodziny Standard Missile, używane do obrony grup lotniskowców przed atakami balistycznymi, mogą kosztować od kilku milionów do nawet dwudziestu ośmiu milionów dolarów za sztukę. Kiedy salwy tych pocisków idą w dziesiątki, budżet obronny zaczyna topnieć w zastraszającym tempie.

Standard Missile-2 Block IIIA wystrzeliwany z USS Carl M. Leving na poligonie morskim na Pacyfiku

Bezpośrednie wydatki na amunicję to jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jak trafnie zauważają byli wysocy urzędnicy Pentagonu zajmujący się planowaniem finansowym, samo przesunięcie pionków na globalnej szachownicy przed oddaniem pierwszego strzału jest operacją pochłaniającą astronomiczne kwoty. Przesunięcie w rejon zapalny kilkunastu potężnych okrętów wojennych, w tym lotniskowców o napędzie nuklearnym, wraz z eskortą oraz przebazowanie ponad setki nowoczesnych samolotów bojowych, kosztowało amerykańskiego podatnika znacznie ponad pół miliarda dolarów. Każdy dzień operowania takiej armady, obejmujący zużycie paliwa lotniczego, żołd dla tysięcy marynarzy i pilotów, koszty logistyki oraz amortyzację niezwykle drogiego sprzętu, to kolejne dziesiątki milionów dopisywane do wojennej faktury. Eksperci makroekonomiczni, w tym badacze z prestiżowych amerykańskich ośrodków analitycznych, kreślą mroczne scenariusze. Analizy modeli budżetowych, takich jak te opracowywane na Uniwersytecie Pensylwanii, wskazują, że bezpośredni ciężar dla budżetu federalnego w perspektywie krótko- i średnioterminowej może wahać się od kilkudziesięciu do blisko stu miliardów dolarów. Należy jednak pamiętać o rozszerzonym wpływie na całą amerykańską gospodarkę. Spowolnienie wymiany handlowej, konieczność rezygnacji z innych inwestycji publicznych oraz koszty obsługi zadłużenia zaciągniętego na poczet działań zbrojnych sprawiają, że całkowity drenaż ekonomiczny może z łatwością przekroczyć barierę dwustu miliardów dolarów. Deklaracje polityczne płynące z Waszyngtonu, sugerujące szybką i zdecydowaną kampanię trwającą zaledwie kilka tygodni, budzą sceptycyzm wśród historyków wojskowości. Pamięć o wcześniejszych konfliktach na Bliskim Wschodzie uczy, że operacje wojskowe rzadko kończą się zgodnie z pierwotnym harmonogramem polityków. Wiarygodne dane, gromadzone na bieżąco przez niezależne instytuty badawcze, pokazują jasno, że amerykańskie zaangażowanie w regionie kosztowało miliardy dolarów jeszcze zanim rozpoczęła się obecna, gorąca faza wojny z Iranem, obejmując wsparcie sojuszników i prewencyjne operacje powstrzymywania.

Podczas gdy Stany Zjednoczone mogą amortyzować koszty dzięki statusowi globalnego hegemona i posiadaniu waluty rezerwowej, sytuacja Izraela jest znacznie bardziej napięta. Izraelska gospodarka, choć technologicznie zaawansowana i innowacyjna, musi mierzyć się z gigantycznym wyzwaniem fiskalnym. Przedstawiciele rządu w Jerozolimie nie ukrywają, że obecny konflikt błyskawicznie pochłania środki wielokrotnie przekraczające coroczne plany budżetowe ministerstwa obrony. Zatwierdzanie miliardów szekli z funduszy awaryjnych staje się rutyną. Współczesna wojna uderza w Izrael podwójnie. Z jednej strony to ogromny koszt materiałowy. Systemy takie jak Żelazna Kopuła, Proca Dawida czy Strzała, choć niezwykle skuteczne i ratujące życie cywilów, są horrendalnie drogie w utrzymaniu. Zestrzelenie taniego, masowo produkowanego drona kamikadze za pomocą rakiety przechwytującej wartej 40-50 tysięcy dolarów (cena w oparciu o informacje ze strony norskluftvern.com), to ekonomiczny koszmar dla każdego ministra finansów.

Izraelscy żołnierze obok elementów Żelaznej Kopuły, Maj 2021
Izraelscy żołnierze obok elementów Żelaznej Kopuły, Maj 2021

Z drugiej strony, mobilizacja rezerwistów oznacza drenaż najcenniejszego zasobu izraelskiej gospodarki – kapitału ludzkiego. Sektor technologii informacyjnych, będący lokomotywą izraelskiego eksportu i wzrostu PKB, zostaje zmuszony do funkcjonowania w warunkach drastycznych niedoborów kadrowych, gdy inżynierowie i programiści zakładają mundury. Ostrzeżenia płynące z resortu finansów są jednoznaczne. Koszty ekonomiczne, sięgające miliardów szekli w skali każdego tygodnia trwania zmasowanych walk powietrznych i działań asymetrycznych, zniszczą wcześniejsze założenia dotyczące stabilności fiskalnej. Przewidywania dotyczące deficytu budżetowego, które jeszcze niedawno oscylowały poniżej czterech procent produktu krajowego brutto, stały się w obecnych realiach całkowicie nieaktualne. Doświadczenia z poprzednich, znacznie krótszych i mniej intensywnych starć zbrojnych w regionie udowadniają, że powrót do równowagi gospodarczej zajmie lata, a obniżone ratingi wiarygodności kredytowej dodatkowo zwiększą koszty obsługi zadłużenia zagranicznego. Koszty ponoszone przez państwa bezpośrednio zaangażowane w konflikt to zaledwie wstęp do globalnego kryzysu, którego epicentrum stanowi rynek nośników energii. W momencie, gdy na Bliskim Wschodzie padają pierwsze strzały, natychmiastowym refleksem światowych rynków finansowych jest panika na giełdach towarowych. Skokowy wzrost cen ropy naftowej, który w pierwszych dniach konfliktu zauważalnie przekroczył barierę stabilności, jest bezpośrednią reakcją na obawy o zakłócenia w dostawach. Kwestią spędzającą sen z powiek przywódcom politycznym od Pekinu, przez Brukselę, aż po Waszyngton, jest strategiczne znaczenie Cieśniny Ormuz. Ten wąski pas wody, łączący Zatokę Perską z Oceanem Indyjskim, to prawdziwe wąskie gardło globalnej cywilizacji przemysłowej. Każdego dnia przepływa tamtędy ładunek ropy i produktów naftowych zaspokajający niemal jedną piątą globalnego zapotrzebowania, z łatwością przekraczając pułap piętnastu do nawet dwudziestu milionów baryłek dziennie.

Irańskie groźby zamknięcia tego strategicznego szlaku komunikacyjnego, realizowane czy to za pomocą min morskich, asymetrycznych ataków małych jednostek pływających, czy też uderzeń rakietowych na tankowce, są bronią masowego rażenia gospodarczego. Nawet bez całkowitej blokady fizycznej, sama groźba i pierwsze incydenty powodują, że towarzystwa ubezpieczeniowe drastycznie podnoszą tak zwaną premię za ryzyko wojenne. Dla wielu armatorów żegluga staje się nieopłacalna, co natychmiast prowadzi do przerw w łańcuchach dostaw. Analitycy rynków surowcowych z największych banków inwestycyjnych ostrzegają przed scenariuszem, w którym przedłużające się zakłócenia w regionie wywindują ceny czarnego złota daleko powyżej psychologicznej granicy stu dolarów za baryłkę. Taki rozwój wydarzeń byłby katastrofą dla gospodarek państw importujących energię. Dla Europy, która wciąż stara się ustabilizować swoją sytuację energetyczną po drastycznym odcięciu od rosyjskich węglowodorów w wyniku wojny na Ukrainie, ponowny szok cenowy mógłby być ciosem ostatecznym, spychającym cały kontynent w głęboką recesję. Przemysł energochłonny stanąłby przed widmem masowych zwolnień i utraty konkurencyjności na rynkach globalnych. Z kolei dla Stanów Zjednoczonych, potężny impuls inflacyjny wywołany drogą ropą postawiłby władze monetarne w sytuacji bez wyjścia. Rezerwa Federalna znalazłaby się w klasycznych kleszczach stagflacji – z jednej strony rosnące ceny wymuszałyby utrzymanie lub podwyższenie stóp procentowych w celu zdławienia inflacji, z drugiej zaś spowalniająca gospodarka i ogromna presja polityczna ze strony Białego Domu domagałyby się natychmiastowego cięcia kosztów pieniądza, aby ratować rynki akcji i stymulować wzrost w roku wyborczym.

Wojna, jak pokazują realia, rzadko bywa krótkim, "izolowanym" incydentem zbrojnym. Operacja, która w zamyśle planistów wojskowych ma być chirurgicznym cięciem likwidującym potencjał nuklearny i rakietowy przeciwnika, przekształca się w globalne trzęsienie ziemi, którego wstrząsy wtórne będą odczuwalne w każdym portfelu na świecie. Z każdym kolejnym dniem kampanii lotniczej nad terytorium Iranu, globalna gospodarka ponosi straty, których odbudowa potrwa dekady. Decyzje podejmowane w zaciszu gabinetów politycznych w Waszyngtonie i Jerozolimie rezonują w postaci rosnących kosztów transportu, wyższych rachunków za energię w europejskich domach i rosnącej niepewności na giełdach w Azji. Prawdziwy rachunek za tę nawałnicę ognia, obejmujący zniszczoną infrastrukturę, utracone możliwości rozwoju i globalną destabilizację, znacznie przewyższy szacunki nawet najbardziej pesymistycznych modeli budżetowych. Historia uczy bowiem, że rozpoczęcie działań zbrojnych wymaga jedynie decyzji, ale ugaszenie pożaru wywołanego przez wojnę wymaga lat wyrzeczeń i kapitału, którego nikt w dzisiejszym, zadłużonym świecie, w rzeczywistości nie posiada w nadmiarze.