Opublikowane niedawno na łamach „Washington Post” doniesienia o narastającym niepokoju w najwyższych kręgach dowódczych amerykańskich sił zbrojnych to nie tylko kolejny przeciek z Pentagonu. To diagnoza najpoważniejszego kryzysu w architekturze globalnego bezpieczeństwa od zakończenia zimnej wojny.

Wysocy rangą wojskowi biją na alarm, obawiając się, że gwałtownie kurczące się zasoby systemów obrony powietrznej, drenowane przez konflikt na Bliskim Wschodzie, mogą doprowadzić do katastrofalnej utraty kontroli nad globalną stabilnością. Aby zrozumieć, dlaczego perspektywa wyczerpania magazynów z pociskami przechwytującymi spędza sen z powiek waszyngtońskim strategom, musimy porzucić uproszczony obraz wojny i spojrzeć na nią przez pryzmat bezlitosnej matematyki, asymetrii kosztów oraz brutalnych realiów przemysłu zbrojeniowego. Zmartwienia amerykańskiego dowództwa, o których wspomina „Washington Post”, nie biorą się z nagłego deficytu odwagi, lecz z chłodnej kalkulacji. Współczesne pole walki uległo radykalnej transformacji. Weszliśmy w erę, w której prymat zyskały tanie, masowo produkowane środki napadu powietrznego: drony uderzeniowe, amunicja krążąca oraz prymitywne, acz skuteczne rakiety niekierowane. Z drugiej strony barykady stoją wysoce zaawansowane, niezwykle precyzyjne, ale i horrendalnie drogie systemy obrony, takie jak amerykańskie wyrzutnie Patriot, THAAD (Terminal High Altitude Area Defense) czy okrętowe pociski z rodziny Standard Missile (SM), którego pierwsza wersja jest wykorzystywana na polskich fregatach. Zjawisko to w żargonie wojskowym określane jest mianem niekorzystnego stosunku wymiany kosztów (cost-exchange ratio). Kiedy jemeńscy Huti, wspierani przez Iran, wystrzeliwują w kierunku statków handlowych na Morzu Czerwonym lub amerykańskich niszczycieli roje dronów, których jednostkowy koszt produkcji waha się od dwudziestu do pięćdziesięciu tysięcy dolarów, amerykańska marynarka wojenna (US Navy) zmuszona jest do ich zestrzelenia. Problem polega na tym, że do zniszczenia tak taniego celu używa się najczęściej pocisków SM-2, których cena wynosi ponad dwa miliony dolarów, a nierzadko również nowocześniejszych rakiet SM-6, wycenianych na ponad cztery miliony dolarów za sztukę. Z ekonomicznego punktu widzenia jest to strategia całkowicie nie do utrzymania na dłuższą metę. Stany Zjednoczone, ratując infrastrukturę sojuszników i swobodę żeglugi, dosłownie wystrzeliwują w powietrze swój budżet obronny, wymieniając technologiczną elitę własnego arsenału na masową taniochę przeciwnika. Generałowie w Pentagonie zdają sobie sprawę, że w takiej wojnie na wyczerpanie nie wygrywa ten, kto ma lepszą technologię, ale ten, kto dłużej utrzyma ciągłość dostaw. A te, w przypadku amerykańskich pocisków, są drastycznie ograniczone.

Sytuacja na Bliskim Wschodzie ewoluowała od lokalnego starcia w Strefie Gazy do pełnowymiarowej wojny zastępczej na wielu frontach. Amerykanie znaleźli się w samym środku tego kotła, przyjmując na siebie rolę głównego gwaranta bezpieczeństwa w regionie. To zadanie wymaga jednak ciągłej, bezprecedensowej od czasów drugiej wojny światowej gotowości operacyjnej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Pierwszym frontem, który zaczął pożerać amerykańskie zapasy, było Morze Czerwone. Operacja „Prosperity Guardian”, mająca na celu ochronę żeglugi przed atakami Huti, zamieniła się w codzienną rutynę przechwytywania rakiet przeciwokrętowych i dronów. Amerykańskie niszczyciele rakietowe klasy Arleigh Burke od miesięcy działają w warunkach ciągłego zagrożenia bojowego, co tydzień uszczuplając rezerwy pocisków Standard. Z każdym wystrzelonym z pionowych wyrzutni Mk 41 pociskiem, potencjał odstraszania Marynarki Wojennej USA maleje. Drugim, znacznie groźniejszym frontem, jest bezpośrednia konfrontacja na linii Iran-Izrael. Bezprecedensowe ataki z użyciem setek rakiet balistycznych, manewrujących i dronów, które miały miejsce na przestrzeni ostatnich miesięcy, wymusiły na Stanach Zjednoczonych fizyczne zaangażowanie własnych środków obrony. Zestrzeliwanie irańskich rakiet balistycznych w egzosferze przez niszczyciele US Navy za pomocą supernowoczesnych pocisków SM-3 to majstersztyk inżynierii, ale jednocześnie logistyczny koszmar. Magazyny tych pocisków są płytkie. Decyzja Waszyngtonu o rozmieszczeniu w Izraelu baterii systemu THAAD wraz z amerykańską obsługą, choć podyktowana koniecznością polityczną i sojuszniczą, w Pentagonie wywołała zakłopotanie. THAAD to system strategiczny, którego armia USA ma zaledwie siedem baterii na całym świecie. Związanie jednej z nich na Bliskim Wschodzie oznacza, że gdzieś indziej na mapie świata powstała niebezpieczna luka.

Amerykańscy żołnierze stoją przy baterii Patriot w Turcji (2013 rok)

Obawy wojskowych są tym silniejsze, że Bliski Wschód nie jest jedynym miejscem, w którym parasol ochronny USA jest rozpięty do granic możliwości. Wojna w Ukrainie ukazała morderczą naturę rosyjskich kampanii uderzeniowych na infrastrukturę krytyczną. Aby przetrwać, Kijów potrzebował, potrzebuje i będzie potrzebował ciągłych dostaw systemów obrony powietrznej, w tym przede wszystkim wyrzutni i pocisków do systemów Patriot. Waszyngton znalazł się zatem w klasycznej pułapce strategicznego rozciągnięcia. Każda rakieta przechwytująca PAC-3 MSE (Patriot Advanced Capability-3 Missile Segment Enhancement) wysłana do Tel Awiwu lub bazy w Jordanii, to rakieta, która nie trafi do Kijowa broniącego się przed rosyjskimi Kindżałami, ani nie pozostanie w magazynach Dowództwa Indo-Pacyfiku. Amerykańscy dowódcy muszą codziennie podejmować dramatyczne decyzje, rozdzielając kroplówkę z amunicją między sojuszników walczących o przetrwanie, jednocześnie próbując zachować absolutne minimum zapasów niezbędnych do obrony własnych wojsk i terytorium. Zmartwieniem nie jest to, że broń nie działa – broń działa znakomicie. Zmartwieniem jest to, że jest jej za mało dla wszystkich potrzebujących.

Choć uwaga mediów skupia się na płonącym Bliskim Wschodzie i wschodniej Europie, prawdziwy powód zaniepokojenia dla Amerykanów znajduje się tysiące kilometrów dalej – w Cieśninie Tajwańskiej i na Morzu Południowochińskim. Chiny, główny rywal Stanów Zjednoczonych, uważnie obserwują tempo zużycia amerykańskiej amunicji precyzyjnej. Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza zbudowała największy na świecie arsenał rakiet balistycznych średniego i pośredniego zasięgu (Siły Rakietowe ALW), zaprojektowany specjalnie po to, aby trzymać amerykańskie lotniskowce i bazy wojskowe na dystans (strategia A2/AD – Anti-Access/Area Denial). W przypadku ewentualnego konfliktu o Tajwan, to właśnie obrona powietrzna i przeciwrakietowa będzie decydować o przetrwaniu amerykańskich sił na Pacyfiku. Jeżeli magazyny pocisków przechwytujących zostaną wyczyszczone przez asymetryczną wojnę na Bliskim Wschodzie – poprzez strzelanie do tanich dronów Huti i irańskich salw odwetowych – Ameryka straci zdolność do obrony swoich interesów w starciu z przeciwnikiem wagi ciężkiej, jakim jest Pekin. Pacyfik wymaga masy, a tę masę Stany Zjednoczone obecnie tracą w piaskach i nad wodami Bliskiego Wschodu. Dla wojskowych w Pentagonie jest to kalkulacja tragiczna: obrona obecnego porządku na Bliskim Wschodzie może wprost zrujnować zdolność do odstraszania Chin w Azji.

Dlaczego zatem najpotężniejsze państwo świata po prostu nie wyprodukuje więcej rakiet? Odpowiedź na to pytanie ujawnia głęboki kryzys amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Po zakończeniu zimnej wojny Zachód uwierzył w iluzję "końca historii" i wiecznego pokoju. Przemysł zbrojeniowy uległ drastycznej konsolidacji, a produkcja została oparta na cywilnym modelu "just-in-time" (dokładnie na czas), co oznaczało likwidację drogich w utrzymaniu nadwyżek produkcyjnych i zapasów magazynowych. Dzisiaj odtworzenie i zwiększenie mocy produkcyjnych zaawansowanych systemów to proces, który zajmuje lata. Wyprodukowanie jednego pocisku przechwytującego wymaga tysięcy precyzyjnych komponentów elektroniki, specjalistycznych stopów metali i rzadkich chemikaliów. Szczególnie krytycznym "wąskim gardłem" są silniki rakietowe na paliwo stałe (SRM - Solid Rocket Motors). W Stanach Zjednoczonych pozostało zaledwie kilku producentów zdolnych do ich wytwarzania, a ich linie produkcyjne są zarezerwowane na lata w przód. Nawet potężne korporacje, takie jak Lockheed Martin czy RTX (dawniej Raytheon), mimo wielomiliardowych zamówień z Pentagonu, nie są w stanie magicznie podwoić produkcji w kilka miesięcy. Rozbudowa fabryk, certyfikacja nowych podwykonawców i szkolenie wysoko wykwalifikowanego personelu inżynieryjnego to zadania rozpisane na dekadę. Tymczasem tempo zużycia amunicji na frontach współczesnych wojen jest tak ogromne, że miesięczna produkcja najnowocześniejszych rakiet w USA jest często "wystrzeliwana" przez sojuszników w ciągu jednego intensywnego dnia obrony.

Artykuł „Washington Post” trafia w sedno problemu, z jakim mierzy się współczesna Ameryka. Hegemonia Stanów Zjednoczonych opierała się od dziesięcioleci na gwarancji bezpieczeństwa dla swoich partnerów. Ta gwarancja to w dużej mierze obietnica tarczy: technologicznego parasola, który zestrzeli każde zagrożenie. Polscy politycy z partii PiS powinni sobie to uświadomić, a nie "na kolanach" latać do Waszyngtonu. Obecnie jednak przeciwnicy Ameryki – zarówno ci potężni, jak i ci państwowi, asymetryczni – zrozumieli kluczową słabość tego systemu. Odkryli, że nie muszą pokonać USA w otwartej, decydującej bitwie. Wystarczy, że zmuszą Amerykanów do ciągłego aktywowania swojej najdroższej broni w celu zwalczania tanich, niekończących się rojów celów. Zmartwienia wysokich rangą oficerów są więc całkowicie uzasadnione. Obawiają się oni momentu, w którym oficer w centrum dowodzenia spojrzy na ekrany radarów pełne zbliżających się celów, po czym spojrzy na wskaźniki stanu amunicji w wyrzutniach i uświadomi sobie, że po raz pierwszy od dekad Ameryka nie jest w stanie zatrzymać uderzenia. Utrata kontroli nad konfliktem na Bliskim Wschodzie nie oznacza tylko kolejnych pożarów w regionie Lewantu. W optyce globalnej, o której mówią stratedzy, wymknięcie się sytuacji spod kontroli to moment, w którym wyczerpanie amerykańskiej tarczy doprowadzi do załamania odstraszania na wszystkich innych teatrach działań. To sytuacja, w której Pax Americana krztusi się z braku logistycznego oddechu, a przeciwnicy zyskują historyczne okno możliwości na zmianę globalnego porządku.