Partyzanci z antykomunistycznej Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej wraz z kapelanem o. Władysławem Gurgaczem S.I. przy ołtarzu polowym, maj 1949 r.

1 marca, w Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, ze szczególnym bólem wspominamy losy Cichociemnych – elity polskiego podziemia, która po heroicznej walce z niemieckim okupantem stała się głównym celem stalinowskiego aparatu terroru.

Z 316 znakomicie wyszkolonych spadochroniarzy zrzuconych do ojczyzny, ponad stu padło ofiarą bezwzględnych represji ze strony sowieckich i komunistycznych służb bezpieczeństwa. Ich powojenna tragedia, znaczona brutalnymi śledztwami, pokazowymi procesami i wyrokami śmierci, stanowi jeden z najmroczniejszych, a zarazem najbardziej heroicznych rozdziałów w historii Polski XX wieku. Aby zrozumieć skalę tragedii, jaka spotkała Cichociemnych po 1944 roku, należy spojrzeć na ówczesną sytuację na mapie Europy przez pryzmat wielkiej geopolityki. Konferencje w Teheranie i Jałcie de facto przypieczętowały los Rzeczypospolitej, oddając ją w sowiecką strefę wpływów. Dla Józefa Stalina, przygotowującego się do zainstalowania w Warszawie marionetkowego rządu komunistycznego, największym zagrożeniem nie były wcale niedobitki niemieckiego Wehrmachtu, lecz zorganizowane, zaprawione w bojach i – co najważniejsze – lojalne wobec legalnego rządu w Londynie struktury Polskiego Państwa Podziemnego. Cichociemni stanowili kwintesencję tego zagrożenia. Szkoleni w Wielkiej Brytanii, w tajnych ośrodkach Special Operations Executive (SOE), reprezentowali najwyższy standard wojskowego profesjonalizmu. Byli oficerami, dywersantami, dowódcami partyzanckimi i specjalistami od łączności. Co więcej, w oczach komunistycznej propagandy i sowieckich planistów z NKWD uosabiali „zachodniego agenta” – nośnika idei wolnej, demokratycznej i niepodległej Polski. Ich fizyczna eliminacja lub moralne złamanie stały się dla sowieckich i tworzonych naprędce polskich służb (Urzędu Bezpieczeństwa) absolutnym priorytetem. Sowieci doskonale zdawali sobie sprawę, że naród pozbawiony swoich elit, swoich naturalnych dowódców, będzie znacznie łatwiejszy do zniewolenia.  Suche liczby, które przytacza wspomniany na wstępie wątek, kryją w sobie niewyobrażalny wręcz ładunek dramatu. Do okupowanej Polski zrzucono 316 Cichociemnych (jeden z nich skoczył dwukrotnie). Byli to ludzie, którzy dobrowolnie, po wyczerpującym morderczym treningu, wracali do piekła wojny z dewizą „Wywalcz wolność lub zgiń”. Kiedy wojna z Niemcami dobiegła końca, okazało się, że dla wielu z nich walka dopiero się zaczyna, a jej finał będzie tragiczny. Aparat represji PRL, ściśle nadzorowany przez sowieckich oficerów i „doradców”, wziął na celownik 103 Cichociemnych. To niemal jedna trzecia wszystkich zrzuconych do kraju spadochroniarzy. Komunistyczne władze nie miały litości dla bohaterów walk z Gestapo i SS. Aż 58 z nich przeszło przez najcięższe śledztwa i brutalne tortury w katowniach UB i NKWD. System stalinowski w Polsce nie zadowalał się jedynie cichym morderstwem (choć i takie miały miejsce); on potrzebował spektaklu. Dlatego aż 40 Cichociemnych zostało postawionych przed sądami wojskowymi w tzw. pokazowych procesach politycznych. Zapadło 19 wyroków śmierci. Sądy, w których zasiadali często sędziowie dyspozycyjni, bez wykształcenia prawniczego, opierający się na sfingowanych dowodach i zeznaniach wymuszonych wielomiesięcznymi torturami, skazywały bohaterów narodowych na najwyższy wymiar kary pod absurdalnymi zarzutami: „szpiegostwa na rzecz imperialistów mocarstw zachodnich”, „próby obalenia ustroju siłą” czy nawet – o ironio – „kolaboracji z faszystami”. Z tych 19 wyroków wykonano 8. Pozostałym, często w wyniku „łaski” Bolesława Bieruta, zamieniano kary na dożywocie lub długoletnie więzienie, niszcząc ich zdrowie fizyczne i psychiczne.

Metody stosowane przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego wobec zatrzymanych Cichociemnych były wypadkową doświadczeń sowieckiego NKWD. Aresztowanych osadzano w niesławnych więzieniach: na warszawskim Mokotowie przy ulicy Rakowieckiej, w Zamku w Lublinie, we Wronkach czy w Rawiczu. Przesłuchania często prowadzono systemem „konwejeru” – wielodniowych, nieprzerwanych rotacyjnych przesłuchań bez prawa do snu. Oprawcy z UB, tacy jak chociażby osławiony Józef Różański (właśc. Józef Goldberg), wiedzieli, że mają do czynienia z ludźmi niezwykle twardymi. Cichociemni byli szkoleni w Anglii na wypadek wpadki w ręce Gestapo. Znali techniki oporu przed przesłuchaniem. Dlatego komuniści stosowali metody skrajnie brutalne, nierzadko przewyższające okrucieństwem te stosowane przez Niemców. Bicie różnymi narzędziami, wyrywanie paznokci, sadzanie na nodze od odwróconego stołka, zamykanie w karcerach wypełnionych lodowatą wodą – to była codzienność więźniów politycznych. Celem nie było jedynie wydobycie informacji o strukturach antykomunistycznego podziemia (Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość - WiN). Chodziło o złamanie człowieka. Chodziło o to, by w sali sądowej, w blasku fleszy reporterów komunistycznych gadzinówek, bohater Armii Krajowej przyznał się do bycia zdrajcą narodu. Większość z nich nie uległa. Zachowali godność do samego końca, do momentu, gdy w piwnicznej celi kat wykonywał wyrok strzałem w tył głowy – metodą katyńską (w samym Katyniu została zamordowana rodzina autora artykułu), będącą ponurym podpisem sowieckiego systemu sprawiedliwości. 

Za każdą ze wspomnianych statystyk kryje się indywidualny los konkretnego człowieka, którego życiorys mógłby posłużyć za scenariusz wielkiego filmu sensacyjnego. Warto w tym miejscu przywołać choćby kilka sylwetek, które symbolizują losy całej formacji.

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych Cichociemnych zamordowanych przez komunistów był major Hieronim Dekutowski, pseudonim „Zapora”. Legendarny dowódca zgrupowań partyzanckich AK, a później WiN na Lubelszczyźnie. Człowiek, który był dla swoich żołnierzy ojcem, a dla Niemców i UB – prawdziwym utrapieniem. Został aresztowany we wrześniu 1947 roku w Nysie w wyniku szeroko zakrojonej prowokacji MBP (tzw. zdrada w operacji „Zamek”), gdy próbował przedostać się na Zachód. Śledztwo wobec „Zapory” i jego żołnierzy było niezwykle brutalne. W procesie pokazowym skazano go na śmierć. Wyrok wykonano 7 marca 1949 roku w więzieniu na Mokotowie. Jak relacjonowali współwięźniowie, po wielomiesięcznym śledztwie, 30-letni Dekutowski wyglądał jak starzec – siwy, bez zębów, z połamanymi żebrami i zerwanymi paznokciami. Na śmierć szedł jednak z podniesioną głową, a w ostatnich chwilach życia zdołał krzyknąć: „Przyjdzie zwycięstwo! Bądźcie gotowi!”.
Inną niezwykłą, a zarazem tragiczną postacią był major Bolesław Kontrym, pseudonim „Żmudzin”. Jego biografia jest tak zawiła, jak zawiła była polska historia pierwszej połowy XX wieku. Walczył w armii carskiej, potem krótko służył w Armii Czerwonej, z której zdezerterował na stronę polską. W II RP był oficerem Policji Państwowej. Walczył w kampanii wrześniowej, przedostał się na Zachód, przeszedł szkolenie Cichociemnych. Wrócił do kraju i wziął udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie podjął próbę powrotu do normalnego życia. Został aresztowany przez UB w 1948 roku. Mimo że w trakcie śledztwa nie udowodniono mu działalności w powojennym podziemiu zbrojnym (w dużej mierze oskarżano go o likwidację agentów komunistycznych w szeregach AK jeszcze w czasie wojny), po niezwykle okrutnym czteroletnim śledztwie został skazany na śmierć. Powieszono go w styczniu 1953 roku, a jego ciało ukryto w bezimiennym dole śmierci.
Należy także pamiętać o postaciach wybitnych, których los spiął się z polityką wielkich mocarstw w wymiarze niemal globalnym. Ostatni Komendant Główny Armii Krajowej, generał Leopold Okulicki „Niedźwiadek”, również był Cichociemnym. Został podstępnie aresztowany przez NKWD w marcu 1945 roku w Pruszkowie (wraz z innymi przywódcami Polskiego Państwa Podziemnego), wywieziony do Moskwy i skazany w słynnym „Procesie Szesnastu”. Zamordowano go lub doprowadzono do jego śmierci w moskiewskim więzieniu na Łubiance pod koniec 1946 roku. Zginął z rąk sowieckich w samym sercu imperium.
Poczet zamordowanych obejmuje także takich oficerów jak Andrzej Czaykowski „Garda”, Stefan Kaczmarczyk „Cera”, Czesław Rossiński „Jemioła” czy Adam Borys „Pług” (choć ten ostatni, założyciel i pierwszy dowódca batalionu „Parasol”, przeżył wojnę, był więziony przez UB i w 1957 roku, wskutek tzw. „odwilży”, opuścił mury więzienia, to komunistyczne represje złamały mu karierę wojskową). Wielu innym, jak generałowi Stefanowi Bałukowi „Starba” czy Stanisławowi Jankowskiemu „Agaton”, więzienia PRL zabrały najlepsze lata życia i szanse na udział w odbudowie ojczyzny, o którą walczyli.
 
System komunistyczny chciał zrobić coś więcej, niż tylko fizycznie wyeliminować elitę wojskową i polityczną. Komuniści zastosowali starożytną rzymską karę damnatio memoriae – nakaz wymazania z pamięci. Zwłoki zamordowanych Cichociemnych i innych Żołnierzy Wyklętych były potajemnie wywożone nocą pod plandekami ciężarówek na odosobnione cmentarze, na obrzeża lasów lub na wysypiska śmieci. Grzebano ich w bezimiennych dołach, w mundurach zdartych z niemieckich jeńców (by upokorzyć ich po śmierci) lub nago. Na miejscach tych potajemnych pochówków – takich jak kwatera „Ł” (słynna „Łączka”) na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie – sadzono drzewa, budowano drogi, a nawet chowane w płytkich grobach szczątki przysypywano trumnami komunistycznych dygnitarzy (tzw. pochówki piętrowe). Przez kilkadziesiąt lat nazwy takie jak Cichociemni czy Armia Krajowa były systematycznie opluwane w podręcznikach historii. Nazywano ich „zaplutymi karłami reakcji”, bandytami, współpracownikami hitlerowców. To było drugie, potężne uderzenie – po zabiciu człowieka, zabijano jego legendę. Rodziny zamordowanych przez dekady żyły z piętnem obywateli drugiej kategorii, nie wiedząc nawet, gdzie zapalić symboliczną świeczkę w dniu Wszystkich Świętych. Jednak prawdy o historii nie da się zamordować strzałem w potylicę ani przysypać tonami wapna. Dzisiejsze obchody Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” – święta ustanowionego na 1 marca, w rocznicę wykonania wyroku śmierci na członkach IV Zarządu Głównego WiN pod dowództwem Łukasza Cieplińskiego – to tryumf tej prawdy. To również tryumf wieloletniej pracy badaczy z Instytutu Pamięci Narodowej, a w szczególności zespołów profesora Krzysztofa Szwagrzyka, które z niezwykłym pietyzmem przez lata wydobywały szczątki bohaterów z ziemi na Łączce, w Białymstoku, Gdańsku czy Lublinie, poddając je identyfikacji genetycznej. Z dołów śmierci powrócił m.in. Hieronim Dekutowski „Zapora” i Bolesław Kontrym „Żmudzin”. Po kilkudziesięciu latach doczekali się państwowych, wojskowych pogrzebów, na które zasłużyli swoim życiem.
 
Artykuł ten dotyka jedynie wierzchołka góry lodowej, jaką była zaplanowana, metodyczna i cyniczna eksterminacja polskiej elity niepodległościowej po 1945 roku. Cichociemni, skacząc w noc ze spadochronami nad okupowanym krajem, wiedzieli, że czeka ich śmiertelne ryzyko w walce z Trzecią Rzeszą. Nie mogli jednak przypuszczać, że prawdziwy sprawdzian charakteru i najwyższej ofiary będą musieli złożyć już po zakończeniu tej wojny, rzuceni na pożarcie czerwonemu totalitaryzmowi w imię ustaleń „wielkiej trójki”. Spośród 316 najlepszych z najlepszych, aparat komunistyczny zdołał fizycznie uśmiercić i uwięzić dziesiątki. Jednak to, czego nie udało się złamać śledczym UB ani zlikwidować sędziom w stalinowskich togach, to etos żołnierski. Etos Cichociemnych – oparty na miłości do wolności, doskonałym profesjonalizmie, lojalności wobec ojczyzny i niezłomności charakteru – przetrwał. Dziedziczą go dziś, z pełną powagą i odpowiedzialnością, żołnierze współczesnych polskich Wojsk Specjalnych, na czele z Jednostką Wojskową GROM imienia Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej. Zatem krew i cierpienie w mokotowskich kazamatach, choć tragiczne, ostatecznie nie poszły na marne – zasiliły gen wolności narodu. Nauczmy się tą wolność jaką dziś mamy doceniać, bo oni jej nie mieli.