Żyjemy w epoce, którą możnaby nazwać okresem "wielkiego rozprężenia". Z perspektywy ostatnich kilku lat, architektura bezpieczeństwa ukształtowana po zakończeniu zimnej wojny nie tyle pęka, co ulega strukturalnemu rozkładowi. Społeczeństwa na całym świecie z narastającym niepokojem obserwują wiadomości, zadając sobie jedno, fundamentalne pytanie: czy świat nieuchronnie zmierza ku trzeciej wojnie światowej?
Przez niemal trzy dekady po zakończeniu zimnej wojny, świat zachodni tkwił w wygodnym, choć ułudnym przekonaniu o ostatecznym triumfie liberalnej demokracji i wolnorynkowego kapitalizmu. Ten „koniec historii”, o którym pisał Francis Fukuyama, okazał się zaledwie krótką pauzą w nieustannym cyklu rywalizacji mocarstw. Ostatnie lata, naznaczone serią wstrząsów – od pandemii, która obnażyła kruchość globalnych łańcuchów dostaw, po pełnoskalowe konflikty zbrojne w Europie Wschodniej i na Bliskim Wschodzie – brutalnie przypomniały nam, że wojna, jako przedłużenie polityki, nie odeszła do lamusa. Aby rzetelnie oszacować ryzyko globalnej pożogi, musimy w pierwszej kolejności zdefiniować naturę współczesnego środowiska międzynarodowego. Odeszliśmy od systemu jednobiegunowego, w którym Stany Zjednoczone pełniły rolę globalnego hegemona i gwaranta bezpieczeństwa, wkraczając w fazę asymetrycznej wielobiegunowości. W tym nowym układzie Waszyngton wciąż dysponuje największym potencjałem, jednak jego przewaga relatywna maleje na rzecz rosnących w siłę potęg rewizjonistycznych, na czele z Chińską Republiką Ludową. Pekin, dysponujący potężną gospodarką, armią o rosnących zdolnościach do projekcji siły oraz ambicjami do przejęcia kontroli nad kluczowymi szlakami handlowymi i technologicznymi, stanowi klasyczny przykład państwa rzucającego wyzwanie dotychczasowemu liderowi. Historia uczy nas, że tego rodzaju zjawisko, nazywane w literaturze geopolitycznej „pułapką Tukidydesa”, w znakomitej większości przypadków kończyło się starciem zbrojnym. Do tego równania należy dodać Federację Rosyjską, która – choć ekonomicznie i demograficznie słabsza – zdeterminowana jest do demontażu europejskiej architektury bezpieczeństwa przy użyciu brutalnej siły wojskowej i nuklearnego szantażu. Współpraca tych dwóch aktorów, wspierana przez regionalne potęgi autokratyczne takie jak Iran czy Korea Północna, tworzy swoistą oś oporu wobec dominacji Zachodu.
Biorąc pod uwagę powyższe czynniki, szanse na wybuch otwartego konfliktu światowego w perspektywie najbliższej dekady należy uznać za niepokojąco wysokie, choć z pewnością nie są one stuprocentowe. Szacunki różnią się w zależności od przyjętej metodologii, jednak konsensus analityczny wskazuje na poziom ryzyka niespotykany od czasu kryzysu kubańskiego z 1962 roku. Świat znalazł się w fazie systemowej niestabilności, gdzie dotychczasowe mechanizmy odstraszania oraz instytucje prawa międzynarodowego, na czele z paraliżowaną przez prawo weta Radą Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych, straciły swoją sprawczość. Zamiast globalnego koncertu mocarstw, obserwujemy powrót do brutalnej "realpolitik", w której o strefach wpływów decyduje wyłącznie siła. W takim środowisku margines błędu politycznego i dyplomatycznego drastycznie się kurczy. Zrozumienie mechaniki ewentualnego wybuchu trzeciej wojny światowej wymaga odrzucenia przestarzałych wyobrażeń. Taki konflikt najprawdopodobniej nie rozpocząłby się od jednoczesnego, zmasowanego uderzenia wszystkich na wszystkich. Warunkiem koniecznym do zapłonu o zasięgu globalnym jest wystąpienie tak zwanego „efektu kaskadowego”, w którym lokalny punkt zapalny wciąga w wir działań zbrojnych głównych graczy związanych systemem sojuszy. Istnieją obecnie trzy główne teatry operacyjne o potencjale eskalacyjnym do poziomu wojny światowej: Europa Wschodnia, Indo-Pacyfik oraz Bliski Wschód. Skumulowanie napięć w tych trzech regionach tworzy układ przypominający beczkę prochu. Aby doszło do eksplozji, musi zostać spełnionych kilka kluczowych warunków.
Pierwszym i najważniejszym warunkiem jest błędna kalkulacja strategiczna jednego z głównych mocarstw, polegająca na przekroczeniu „czerwonych linii” oponenta w przekonaniu, że reakcja będzie ograniczona lub w ogóle nie nastąpi. W epoce postępującej dezinformacji i zamykania się przywódców autorytarnych w bańkach informacyjnych, ryzyko takiego błędu poznawczego rośnie wykładniczo. Jeśli państwo rewizjonistyczne uzna, że państwo status quo utraciło wolę polityczną do obrony swoich sojuszników lub interesów, może zdecydować się na uderzenie wyprzedzające. Przykładem takiej sytuacji mogłaby być inwazja na wyspę Tajwan. Pekin, kalkulując, że Waszyngton sparaliżowany wewnętrznymi sporami politycznymi nie zaryzykuje konfliktu nuklearnego w obronie odległej wyspy, mógłby rozpocząć operację desantową. Gdyby jednak Stany Zjednoczone, w imię zachowania wiarygodności swojego globalnego systemu sojuszy, odpowiedziały zbrojnie, znaleźlibyśmy się w stanie bezpośredniej wojny między dwoma supermocarstwami. Drugim warunkiem jest zerwanie współzależności ekonomicznych do poziomu, w którym wojna staje się zyskowniejsza niż pokój. Przez dekady wierzono, że głęboka integracja handlowa i produkcyjna jest najlepszym gwarantem pokoju. Dziś jednak obserwujemy proces celowego "rozłączania" gospodarek, czyli ograniczanie ryzyka poprzez przenoszenie kluczowych gałęzi przemysłu z państw wrogich do państw sojuszniczych. Wojna technologiczna o dominację w produkcji zaawansowanych półprzewodników, sztucznej inteligencji i technologii kwantowych już trwa. Jeśli mocarstwa uznają, że ich bezpieczeństwo narodowe i przetrwanie ekonomiczne jest krytycznie zagrożone przez blokady handlowe nakładane przez adwersarzy, mogą użyć siły zbrojnej w celu zabezpieczenia dostępu do surowców, rynków zbytu lub szlaków morskich. Ekstremalne niedobory zasobów, potęgowane dodatkowo przez zmiany klimatyczne i kryzysy demograficzne, tworzą środowisko, w którym logika przetrwania wypiera logikę współpracy. Trzecim warunkiem prowadzącym do wybuchu globalnego konfliktu jest załamanie się drabiny eskalacyjnej i utrata kontroli nad nowymi domenami prowadzenia wojny, takimi jak cyberprzestrzeń oraz przestrzeń kosmiczna. Nowoczesny konflikt mocarstw rozpocząłby się na długo przed oddaniem pierwszego fizycznego strzału. Cyberataki na infrastrukturę krytyczną oponenta – sieci energetyczne, systemy bankowe, wodociągi oraz wojskowe systemy wczesnego ostrzegania – stanowią idealne narzędzie uderzenia prewencyjnego. Zagrożenie polega na tym, że cyberprzestrzeń charakteryzuje się ogromnym problemem atrybucji, czyli natychmiastowego i bezbłędnego wskazania sprawcy, a uderzenie w systemy wczesnego ostrzegania przed atakiem nuklearnym może zostać zinterpretowane przez zaatakowaną stronę jako preludium do fizycznej anihilacji. To wymusza podjęcie błyskawicznej decyzji o odwecie wedle zasady „użyj albo strać” w odniesieniu do własnego arsenału. Co więcej, implementacja autonomicznych systemów uzbrojenia opartych na sztucznej inteligencji, decydujących o otwarciu ognia w ułamkach sekund, wyłącza z pętli decyzyjnej czynnik ludzki. Maszyna nie odczuwa strachu, nie zna empatii i nie rozumie pojęcia dyplomacji na skraju przepaści. Przypadkowe zestrzelenie drona, zderzenie satelitów na orbicie lub błąd w ocenie zagrożenia może wywołać niekontrolowaną, spiralną wymianę ciosów, prowadzącą prosto do konfrontacji na pełną skalę.
Przechodząc do analizy skutków takiego konfliktu, należy z całą mocą podkreślić, że trzecia wojna światowa nie byłaby powtórzeniem schematów znanych z lat 1939-1945. Jej destrukcyjny potencjał, z uwagi na postęp technologiczny, jest trudny do pełnego wyobrażenia. Skutki można podzielić na wymiar geopolityczny, gospodarczy, społeczny oraz najpoważniejszy – egzystencjalny. W wymiarze gospodarczym globalny konflikt oznaczałby natychmiastowe i całkowite załamanie się światowego systemu finansowego i handlowego. Zamknięcie głównych szlaków komunikacyjnych, takich jak Cieśnina Malakka, Morze Południowochińskie, Kanał Sueski czy cieśnina Ormuz, zablokowałoby przepływ surowców energetycznych, żywności oraz komponentów elektronicznych. Globalne łańcuchy dostaw, funkcjonujące w modelu "just in time" (ang "w samą porę"), przestałyby istnieć w ciągu kilku tygodni. Skutkowałoby to hiperinflacją, paraliżem produkcji przemysłowej w większości państw rozwiniętych oraz masowym bezrobociem. Co ważniejsze, przerwanie łańcuchów dostaw żywności i nawozów doprowadziłoby do klęski głodu o biblijnych rozmiarach, zwłaszcza w krajach Globalnego Południa, uzależnionych od importu z obszarów objętych wojną. Należy założyć, że gospodarka światowa cofnęłaby się w swoim rozwoju o kilka dekad, wracając do modelu izolacjonizmu i surowego protekcjonizmu. Wymiar społeczny i demograficzny również miałby charakter katastrofalny. Oprócz bezpośrednich ofiar działań zbrojnych prowadzonych z użyciem zaawansowanej broni precyzyjnej, masowego rażenia przestrzeni zurbanizowanych i infrastruktury cywilnej, świat musiałby zmierzyć się z największym kryzysem migracyjnym w historii ludzkości. Setki milionów uchodźców wojennych i klimatycznych ruszyłyby w poszukiwaniu bezpiecznych schronień, co zdestabilizowałoby struktury państwowe w regionach dotychczas relatywnie spokojnych. Zniszczenie infrastruktury medycznej i sanitarnej pociągnęłoby za sobą wybuchy epidemii chorób zakaźnych, na które osłabione populacje nie miałyby żadnej odporności. Społeczeństwa państw zaangażowanych w wojnę musiałyby przejść na tryb całkowitej mobilizacji, co w praktyce oznaczałoby zawieszenie swobód obywatelskich, militaryzację życia publicznego i powrót do autorytarnych form zarządzania, nawet w krajach o głębokich tradycjach demokratycznych.
Wymiar geopolityczny oznaczałby absolutne przemodelowanie mapy politycznej świata. Instytucje powołane po drugiej wojnie światowej ostatecznie przestałyby istnieć, uznane za bezużyteczne relikty przeszłości. Ośrodki władzy przesunęłyby się, a wiele państw mogłoby całkowicie zniknąć z mapy, stając się ofiarami mocarstwowych stref wpływów. Nastąpiłaby nowa, drastyczna polaryzacja, oparta nie tyle na ideologii, co na brutalnej walce o rzadkie zasoby przetrwania – od wody pitnej, przez metale ziem rzadkich, aż po bezpieczne terytoria nadające się do zamieszkania. Byłby to świat głębokiej traumy, w którym zaufanie międzynarodowe budowałoby się na nowo przez stulecia. Najbardziej ponurą perspektywą jest jednak wymiar egzystencjalny, związany z nieuchronnym widmem eskalacji nuklearnej. Doktryny wojenne państw posiadających broń jądrową, poddawane modyfikacjom w ostatnich latach, w coraz większym stopniu dopuszczają jej użycie taktyczne jako elementu tzw. „eskalacji w celu deeskalacji”. Zakłada się, że uderzenie nuklearne o stosunkowo małej mocy na polu walki lub na obiekty infrastrukturalne wroga złamie jego wolę walki i zmusi do kapitulacji, zanim konflikt przerodzi się w wymianę strategiczną zagrażającą całym państwom. To skrajnie niebezpieczna iluzja. Historia gier wojennych dowodzi, że po przełamaniu tabu nuklearnego, zatrzymanie spirali odwetu staje się niemal niemożliwe. Pełnoskalowa wymiana uderzeń nuklearnych między supermocarstwami doprowadziłaby nie tylko do natychmiastowej śmierci setek milionów ludzi, ale także do zjawiska „zimy nuklearnej” – drastycznego ochłodzenia klimatu spowodowanego wyrzuceniem do stratosfery gigantycznych ilości pyłów i sadzy z płonących miast. Taki scenariusz oznacza globalną zapaść rolnictwa i perspektywę zagłady cywilizacyjnej, z której ludzkość w obecnym kształcie mogłaby się już nigdy nie podnieść.
Podsumowując, globalna sytuacja znajduje się w najbardziej newralgicznym punkcie od dziesięcioleci. Rozpoczęcie konfliktu światowego nie jest wprawdzie zdeterminowane przez żadne fatum, a politycy i decydenci wciąż dysponują narzędziami dyplomatycznymi i rozumem, który powinien ich odwieść od samobójczych decyzji. Niemniej jednak, strukturalne czynniki konfliktogenne rosną w siłę, podczas gdy bezpieczniki w postaci odstraszania, współzależności ekonomicznej i kanałów komunikacji kryzysowej ulegają erozji. Żyjemy w czasach, w których o przetrwaniu globu nie będzie decydować dobra wola liderów, lecz to, jak bardzo pragmatyczny strach przed totalną anihilacją zdoła powstrzymać polityczne ambicje i imperialne miraże wielkości. Zadaniem odpowiedzialnej polityki globalnej na nadchodzące lata nie jest już budowa utopijnego, wiecznego pokoju, ale racjonalne zarządzanie narastającym ryzykiem i uniknięcie najgorszego scenariusza, do którego niebezpiecznie blisko dryfujemy.
Polski (PL)
English (United Kingdom)