Bagdad, Irak. Kłębu dymu wydobywają się z okolicy amerykańskiej ambasady w tym mieście. 16 marca 2026 rok.

Siedemnasty dzień wojny upłynął pod znakiem nalotów na Iran oraz irańskich ataków na Izrael, Irak i kraje Zatoki Perskiej. Przedstawiam wydarzenia z tego dnia.

W rejonie Cieśniny Ormuz nadal panuje napięta atmosfera, a Amerykanie wciąż poszukują sposobów na odblokowanie tej kluczowej arterii morskiej. Po serii uderzeń na Isfahan, siły koalicji ponownie wzięły na cel Teheran. Od zapadnięcia zmroku stolica Iranu jest obiektem zmasowanych ataków lotniczych. Uderzenia skupiają się przede wszystkim na lotnisku Mehrabad, obiektach Gwardii Rewolucyjnej, komendach policji oraz placówkach paramilitarnej milicji Basidż. Lotnisko Mehrabad to dla irańskiego wojska kluczowy węzeł transportowy, natomiast pozostałe cele stanowią fundament państwowego aparatu bezpieczeństwa, służący do kontrolowania obywateli. Władze niemal całkowicie odcięły dostęp do internetu, co uniemożliwia ludziom przekazywanie informacji i organizację protestów. Ocalałe siły bezpieczeństwa działają w trybie wojennym i są bezwzględne, dlatego wciąż budzą strach i skutecznie utrzymują społeczeństwo w posłuszeństwie.

W Izraelu irańskie ataki odwetowe wciąż przynoszą skutki i powodują konkretne straty. Zniszczenia wywołane tymi uderzeniami stają się coraz bardziej zauważalne na ulicach miasta. Mimo ciągłej pracy systemów obrony przeciwrakietowej, część pocisków lub ich fragmentów przedostaje się na ziemię. Spadające elementy stanowią duże zagrożenie dla ludności cywilnej i powodują fizyczne uszkodzenia budynków oraz lokalnej infrastruktury w gęsto zaludnionych obszarach. Na granicy między Libanem a Izraelem główne działania zbrojne wciąż skupiają się w rejonie miejscowości Al-Khiyam. Siły izraelskie nieustannie ściągają tam ciężki sprzęt pancerny i powoli posuwają się na północ. Zamiast atakować bezpośrednio, wojsko omija umocnione pozycje przeciwnika od strony wschodniej. Taki manewr pozwala zminimalizować własne straty, a jednocześnie odciąć wrogie oddziały od dróg, którymi dociera do nich jedzenie i broń. Mimo ciągłego gromadzenia czołgów i wozów bojowych, na ten moment nie widać oznak przygotowań do wielkiej, zmasowanej ofensywy lądowej. Obecne ruchy mają raczej charakter powolnego badania terenu. Izrael prawdopodobnie stara się po prostu zablokować wrogie siły na miejscu i zabezpieczyć ten obszar granicy, celowo unikając pełnowymiarowej wojny na tym froncie, dopóki nie wyjaśni się sytuacja w głównym obszarze konfliktu.

Terytorium Iraku pozostaje jedną z głównych aren wymiany ciosów w obecnym konflikcie. Baza wojskowa Victoria, zlokalizowana w pobliżu lotniska w stolicy kraju - Bagdadzie, została po raz kolejny ostrzelana rakietami. W tym samym czasie nad amerykańską ambasadą w stolicy uruchomiono systemy obrony przeciwlotniczej i rozległy się syreny alarmowe. Działania te dowodzą, że proirańskie bojówki nieustannie próbują uderzać w amerykańską obecność wojskową i dyplomatyczną. Ich celem jest wywieranie ciągłej presji, sianie poczucia zagrożenia oraz próba wymuszenia na siłach koalicji ograniczenia swoich operacji.

Równolegle konflikt przybiera na sile w innych regionach kraju. W mieście Sulaymaniyah kontynuowane są uderzenia na kwatery główne kurdyjskiej opozycji. Mają one na celu rozbicie grup zbrojnych, które władze w Teheranie od dawna uznają za bezpośrednie zagrożenie dla swoich interesów oraz oskarżają o współpracę z Zachodem. Odpowiedź Stanów Zjednoczonych na działania proirańskich sił jest jednak bardzo stanowcza. W mieście Mosul amerykańskie lotnictwo przeprowadziło jedno z największych bombardowań ostatnich dni. Celnie zniszczono tam obiekty należące do paramilitarnej grupy Al-Hashd al-Shaabi, która jest bezpośrednio wspierana i finansowana przez Iran. To potężne uderzenie z powietrza pokazuje wyraźnie, że Amerykanie nie ograniczają się do obrony, ale aktywnie niszczą zaplecze militarne przeciwnika, aby uniemożliwić mu planowanie kolejnych ataków.

Konflikt rozszerza się na państwa Zatoki Perskiej, bezpośrednio uderzając w ich kluczową infrastrukturę oraz stacjonujące tam siły zagraniczne. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich drony zaatakowały zbiorniki z paliwem na międzynarodowym lotnisku w Dubaju. To poważny cios, który zakłóca cywilny i transportowy ruch lotniczy, a także podważa wizerunek Emiratów jako bezpiecznego centrum biznesowego. Kolejne uderzenia spadły również na magazyny ropy w strategicznym porcie Fujairah. Ponieważ port ten jest jednym z najważniejszych węzłów w globalnym handlu surowcami, uszkodzenie tamtejszych zapasów i infrastruktury niesie ryzyko szybkich podwyżek cen paliw na rynkach całego świata.

Niespokojnie jest również w pobliskim Bahrajnie. Nocą nad stolicą kraju, Manamą, intensywnie pracowały systemy obrony przeciwlotniczej, próbując strącić nadlatujące drony i pociski. Głównym celem ataków ponownie stały się amerykańskie instalacje wojskowe zlokalizowane na wyspie. Uderzenia wymierzono między innymi w kluczową bazę lotniczą Sheikh Isa. Pokazuje to wyraźną strategię sił proirańskich – ataki mają na celu bezpośrednie uderzenie w bazy, z których Stany Zjednoczone prowadzą swoje operacje lotnicze, próbując w ten sposób osłabić amerykańskie możliwości wsparcia i reagowania na Bliskim Wschodzie.

Władze w Białym Domu coraz głośniej mówią o potrzebie stworzenia międzynarodowej koalicji, która miałaby eskortować statki handlowe w rejonie Cieśniny Ormuz. Amerykański plan nie budzi jednak entuzjazmu wśród sojuszników. Władze w Londynie od razu dały do zrozumienia, że nie zamierzają narażać swoich okrętów wojennych na bezpośrednie ataki. Zamiast wysyłać kolejne jednostki na Bliski Wschód, premier Keir Starmer zasugerował, że Wielka Brytania nie jest gotowa na zaognienie konfliktu i nie dołączy do amerykańskiej misji zwiększania sił morskich. Brytyjczycy proponują znacznie ostrożniejsze rozwiązanie – rozważają wysłanie w ten rejon jedynie bezzałogowych łodzi, które miałyby zająć się rozminowywaniem wód, co pozwoli uniknąć ryzyka dla załóg i statków Royal Navy. Taka postawa, co zrozumiałe, wywołuje duże niezadowolenie prezydenta Stanów Zjednoczonych. Donald Trump po raz kolejny publicznie skrytykował fakt, że Brytyjczycy odmawiają wysłania wsparcia do Cieśniny Ormuz, która jest krytycznym punktem na globalnej mapie logistycznej. Odpowiedź z Londynu nadeszła bardzo szybko i w typowo brytyjskim stylu. Pat McFadden, minister do spraw pracy i emerytur, oświadczył wprost, że Wielka Brytania nie ma obowiązku zgadzać się na każdą prośbę płynącą z USA. Według polityka, należy stanowczo oddzielić ostrą "retorykę" prezydenta od faktycznie ważnych problemów międzynarodowych. Im dłużej przeciąga się konflikt zbrojny z Iranem, tym mocniej Amerykanie starają się wciągnąć inne kraje w wojnę. Administracja Donalda Trumpa za wszelką cenę próbuje sformować międzynarodowy sojusz morski. Według planów Białego Domu, obecność wojskowych eskort ustabilizuje transport ropy naftowej i zmniejszy presję na światowych rynkach surowców. Jak dotąd brakuje jednak chętnych do podjęcia ryzyka, choć amerykańscy urzędnicy liczą na to, że oficjalne decyzje państw sojuszniczych zapadną w ciągu najbliższych dni.

Amerykańska grupa desantowa, na czele której stoi okręt USS Tripoli, zbliża się do regionu konfliktu. W dyskusjach planistów ze Stanów Zjednoczonych coraz częściej pojawiają się trzy kluczowe punkty niezbędne do odblokowania żeglugi przez Cieśninę Ormuz: miasto Bandar Abbas oraz wyspy Kharg i Kish. Najważniejszym celem, który USA musi zająć i utrzymać przez dłuższy czas, jest Bandar Abbas. To irańska "perła" leżąca na styku Zatoki Perskiej i Zatoki Omańskiej. Jest to bardzo ważne miasto przemysłowe, w którym działają rafinerie, huty stali i zakłady chemiczne. Przez porty w Bandar Abbas przechodzi główny ruch handlowy. Dzięki swojemu położeniu miasto to pozwala Irańczykom w pełni kontrolować statki w regionie. Znajdują się tam również lotniska, bazy wojskowe i podziemne schrony. Amerykanie atakowali ten obszar od pierwszych dni wojny, aby chronić swoje okręty, ale wciąż nie zlikwidowali zagrożenia. Aby odnieść sukces, siły USA muszą przejąć co najmniej tamtejsze lotniska oraz drogi dojazdowe, co osłabi obronę i zniszczy irańskie szlaki dostaw. Kolejnym ważnym punktem w Zatoce Perskiej jest wyspa Kharg, przez którą przepływa około 90% irańskiej ropy. Utrata dostępu do tego miejsca byłaby ogromnym ciosem dla i tak mocno osłabionej gospodarki Iranu. Z punktu widzenia strategii, przejęcie wyspy dałoby Amerykanom potężną kartę przetargową. Operacja ta wiąże się jednak z ogromnym ryzykiem. Kharg leży zaledwie 30-40 kilometrów od lądu. Oznacza to, że irańskie wojsko może ostrzeliwać wyspę bezpośrednio ze swojego wybrzeża. Sama wyspa jest mała i brakuje na niej miejsc do ukrycia, co bardzo utrudni jej utrzymanie. Do ataku najpewniej ruszyłyby jednostki specjalne stacjonujące w Kuwejcie. Aby jednak misja się udała, konieczne jest równoczesne uderzenie w innych miejscach. Najmniejszy błąd może doprowadzić do porażki i dużych strat w ludziach. Trzecim celem jest wyspa Kish, leżąca we wschodniej części Zatoki Perskiej. Kish jest nieco większa niż Kharg i pełni inną rolę. Zamiast ropy, znajdują się tam największe w regionie złoża gazu ziemnego. Z wyspy prowadzony jest gazociąg do miasta Assaluyeh, co czyni ją ważnym punktem przesyłowym. Dodatkowo umieszczono tam wojskowe radary, które pozwalają Irańczykom dokładnie obserwować Cieśninę Ormuz. Aby trwale odblokować szlaki wodne, Stany Zjednoczone będą musiały zająć również ten teren. Sytuacja jest jednak równie trudna jak na wyspie Kharg. Kish leży zaledwie 20 kilometrów od wybrzeża Iranu. Desant amerykańskich żołnierzy tak blisko wroga, który wciąż posiada możliwości ataku rakietowego i artyleryjskiego, stawia ich w bardzo niebezpiecznej sytuacji.