Kiedy w Waszyngtonie amerykańscy generałowie z niepokojem liczą kurczące się zapasy pocisków przechwytujących, w stolicach Europy Środkowo-Wschodniej powinien rozlegać się dzwonek alarmowy najwyższego stopnia. Konsekwencje drenażu amerykańskiego arsenału obrony powietrznej dla wschodniej flanki NATO są bowiem poważne i wymagają całkowitego zdefiniowania na nowo naszej strategii przetrwania.
Aby w pełni zrozumieć zagrożenie, musimy najpierw odrzucić iluzję nieskończoności amerykańskich zasobów, na której przez trzy dekady opieraliśmy naszą architekturę bezpieczeństwa. W epoce postzimnowojennej, a następnie w okresie rozszerzania Sojuszu Północnoatlantyckiego na wschód, dominowało przekonanie, że w razie jakiegokolwiek kryzysu Stany Zjednoczone w mgnieniu oka przerzucą nad Europę Środkową nieprzebijalną tarczę. Ta tarcza miała składać się z dziesiątek baterii Patriot, systemów THAAD oraz myśliwców przewagi powietrznej, które zneutralizowałyby każde zagrożenie ze strony Federacji Rosyjskiej. Dzisiaj ten paradygmat legł w gruzach z powodu bezlitosnej logiki gry o sumie zerowej. W logistyce wojskowej i strategii globalnej gra o sumie zerowej oznacza, że zasób użyty w jednym teatrze działań wojennych jest bezpowrotnie stracony dla innego. Kiedy amerykański niszczyciel na Morzu Czerwonym odpala pocisk SM-6, aby zestrzelić jemeńskiego drona, albo gdy bateria Patriot w Izraelu zużywa salwę rakiet PAC-3 MSE do neutralizacji irańskiego ataku balistycznego, te same pociski znikają z puli, która mogłaby zostać wysłana do ochrony lotniska w Jasionce pod Rzeszowem, bazy w Powidzu czy portu w Gdyni. Produkcja najnowocześniejszych rakiet przechwytujących w zakładach Lockheed Martin czy RTX jest na tyle powolna, że bieżące zużycie na Bliskim Wschodzie nie tylko uniemożliwia budowanie zapasów na wypadek wojny w Europie, ale wręcz kanibalizuje istniejące rezerwy. Dla wschodniej flanki NATO oznacza to radykalną zmianę kalkulacji. Nie możemy już zakładać, że w scenariuszu nagłego kryzysu w rejonie Przesmyku Suwalskiego lub państw bałtyckich, Pentagon będzie w stanie błyskawicznie nasycić ten obszar swoimi najdroższymi systemami i nieograniczoną ilością amunicji. Amerykańska kołdra okazała się za krótka, a my, znajdując się na jej wschodnioeuropejskim brzegu, zaczynamy mieć problem.
Moskwa doskonale zdaje sobie sprawę z logistycznych koszmarów Waszyngtonu. Rosyjscy planiści wojskowi, wychowani na doktrynie dogłębnej analizy potencjału przemysłowego przeciwnika, z satysfakcją obserwują, jak Stany Zjednoczone spalają swoje strategiczne rezerwy w wojnach asymetrycznych. Dla Federacji Rosyjskiej ten drenaż amerykańskiego arsenału tworzy potencjalne okno możliwości operacyjnych i strategicznych. Głównym zmartwieniem dla naszego regionu jest to, że świadomość amerykańskich braków może ośmielić Rosję do testowania "czerwonych linii" Sojuszu. Moskwa rozwija i masowo produkuje tanie środki napadu powietrznego, takie jak drony z rodziny Szahed/Gerań, a jednocześnie utrzymuje potężny arsenał rakiet manewrujących i balistycznych (Iskander, Kalibr, Kindżał). W optyce rosyjskiego Sztabu Generalnego, uderzenie saturacyjne – czyli atak polegający na wystrzeleniu tak dużej liczby tanich i średnio-drogich obiektów, że obrona przeciwlotnicza przeciwnika ulega fizycznemu wyczerpaniu lub "zatkaniu" – staje się wysoce opłacalne. Jeśli Kreml uzna, że amerykańskie magazyny rakiet przechwytujących są puste, a europejscy sojusznicy nie zdołali jeszcze wybudować własnej, głębokiej rezerwy, może dojść do wniosku, że ryzyko konsekwencji za nawet tylko ograniczoną agresję na wschodnią flankę ulegnie drastycznemu zmniejszeniu. To właśnie w tym miejscu problem logistyczny staje się problemem egzystencjalnym: osłabiona obrona powietrzna przestaje pełnić swoją najważniejszą rolę, jaką jest konwencjonalne odstraszanie (deterrence by denial). Rosja, widząc dziurawą tarczę, może uznać, że jej "miecz" w końcu dosięgnie celu bez nieakceptowalnych dla niej kosztów.
W obliczu tych brutalnych faktów, państwa wschodniej flanki, z Polską na czele, stanęły przed historycznym wyzwaniem. Zrozumiano, że outsourcing bezpieczeństwa powietrznego za ocean jest strategią schyłkową. To wymusiło gigantyczne przyspieszenie programów zbrojeniowych, bez precedensu w powojennej historii kontynentu. Polskie programy "Wisła" (oparty na systemie Patriot i systemie dowodzenia IBCS) oraz "Narew" (wykorzystujący brytyjskie technologie CAMM) to próba zbudowania narodowej, zintegrowanej tarczy, która ma stanowić pierwszą linię oporu, niezależną w pierwszej fazie konfliktu od amerykańskich posiłków. Jednakże same zakupy wyrzutni nie rozwiązują problemu poruszonego przez amerykańskich dowódców. Największym wyzwaniem pozostaje amunicja. Europa musi brutalnie zderzyć się z faktem, że jej własny przemysł zbrojeniowy przez lata tkwił w letargu. Fragmentacja europejskiego rynku obronnego, na którym każde państwo rozwijało własne, często niekompatybilne systemy, doprowadziła do kuriozalnej sytuacji, w której kontynent o ogromnym potencjale gospodarczym nie potrafi w krótkim czasie wyprodukować wystarczającej liczby rakiet do obrony swojego nieba. Inicjatywy takie jak European Sky Shield Initiative (ESSI), forsowane przez Berlin, czy konkurencyjne projekty opierające się na francusko-włoskich systemach SAMP/T, to desperacka próba konsolidacji i osiągnięcia efektu skali. Wymaga to jednak czasu, którego wschodnia flanka może nie mieć. Odbudowa linii produkcyjnych, zabezpieczenie łańcuchów dostaw krytycznych minerałów i komponentów elektronicznych to procesy, które trwają latami. Przejście z gospodarki czasu pokoju do gospodarki quasi-wojennej w sektorze obronnym przebiega w Europie boleśnie wolno, co dodatkowo potęguje asymetrię na korzyść potencjalnego agresora ze Wschodu.
Skoro nie możemy liczyć na nieskończoną ilość pocisków przechwytujących, aby zestrzeliwać nadlatujące rosyjskie "strzały", wschodnia flanka NATO musi dokonać radykalnej rewolucji doktrynalnej. Wyciągając wnioski z wojny w Ukrainie oraz z amerykańskich obaw, wojskowi w Warszawie, Helsinkach czy Tallinie muszą przenieść ciężar strategii z czystej obrony na potężny komponent ofensywny. W żargonie wojskowym określa się to jako przejście od zwalczania środków napadu w powietrzu do niszczenia ich na ziemi – czyli zabijania "łucznika". Brak pewności co do szczelności obrony przeciwlotniczej sprawia, że priorytetem staje się posiadanie własnych środków głębokiego rażenia. To właśnie dlatego Polska tak intensywnie inwestuje w pociski manewrujące JASSM i JASSM-ER odpalane z samolotów F-16 i F-35, systemy artylerii rakietowej HIMARS i Chunmoo oraz południowokoreańskie rakiety balistyczne KTSSM. Jeśli Rosja zdecyduje się na atak saturacyjny, odpowiedź nie może polegać jedynie na pasywnym wystrzeliwaniu drogich pocisków przechwytujących, aż do ich całkowitego wyczerpania. Odpowiedzią musi być natychmiastowe, symultaniczne uderzenie w rosyjskie wyrzutnie rakietowe, bazy lotnicze, centra dowodzenia i węzły logistyczne na głębokości operacyjnej i strategicznej przeciwnika – w obwodzie królewieckim, na Białorusi i w głębi samej Rosji. Taka zmiana ciężkości dowodzi ostatecznego upadku mitu "Żelaznej Kopuły". Obrona powietrzna jest niezbędna, aby zapewnić przetrwanie kluczowej infrastruktury w pierwszych godzinach i dniach konfliktu, dając czas na mobilizację i rozwinięcie wojsk. Jednakże w środowisku zdominowanym przez wojnę na wyczerpanie amunicyjne, to zdolność do zadania druzgocących ciosów w infrastrukturę wroga staje się głównym gwarantem bezpieczeństwa. Odstraszanie poprzez samą obronę (denial) ustępuje miejsca odstraszaniu poprzez groźbę gwarantowanej i niezwykle bolesnej kary (punishment).
Rozważając geopolityczne i wojskowe aspekty tego kryzysu, nie możemy zapominać o fundamencie, na którym opiera się odporność państwa – o samym społeczeństwie. Otwarta komunikacja o ograniczeniach systemów obrony powietrznej, do której mimowolnie przyczyniają się przecieki z Waszyngtonu, jest szokiem dla decydentów Europy Środkowo-Wschodniej. Teraz muszą dojrzeć do zrozumienia, że w przypadku pełnoskalowego konfliktu żadne państwo na świecie nie jest w stanie zapewnić swoim obywatelom stuprocentowej ochrony z powietrza. Nawet najlepiej zintegrowany system będzie miał luki, a część wrogich rakiet i dronów nieuchronnie dosięgnie swoich celów. To dramatyczne przebudzenie wymusza renesans niemal zapomnianej dziedziny: obrony cywilnej. Schrony, systemy ostrzegania, zapasy strategiczne i edukacja społeczeństwa z zakresu przetrwania stają się równie ważnym elementem architektury bezpieczeństwa, co nowoczesne myśliwce czy wyrzutnie rakiet. Bez silnej woli przetrwania narodu, nawet najnowocześniejszy sprzęt na niewiele się zda. Wreszcie, musimy spojrzeć na najbardziej mroczny aspekt amerykańskich zmartwień. Obrona powietrzna pełni kluczową rolę w drabinie eskalacyjnej. Służy ona jako bufor, który zapobiega natychmiastowemu sięgnięciu po broń ostateczną. Jeśli konwencjonalne środki obrony powietrznej ulegną wyczerpaniu w wyniku zmasowanego ataku saturacyjnego wroga, a infrastruktura krytyczna państw NATO zacznie ulegać zniszczeniu, dowódcy i politycy staną przed potwornym dylematem. Z chwilą, gdy konwencjonalna tarcza pęka, a konwencjonalny miecz nie jest w stanie powstrzymać agresji, próg użycia taktycznej broni nuklearnej drastycznie się obniża. Wyczerpanie magazynów rakiet przechwytujących przez konflikty na rubieżach amerykańskiego imperium paradoksalnie przybliża świat do scenariusza, w którym jedynym sposobem na zatrzymanie upadku wschodniej flanki może okazać się nuklearne odstraszanie w jego najbardziej pierwotnej i przerażającej formie.
Zmartwienia generałów zza oceanu nie są zatem tylko technicznym problemem logistycznym. Są zwiastunem nadejścia nowej, niezwykle brutalnej epoki, w której Europa musi błyskawicznie dorosnąć, wziąć odpowiedzialność za własne niebo i pogodzić się z faktem, że era taniego, gwarantowanego z zewnątrz bezpieczeństwa bezpowrotnie minęła.
Polski (PL)
English (United Kingdom)